ks. Stanislaw Groń SJ - 30 czerwca 2002

Samarytanin Madagaskaru

Ksiądz Beyzym to wcielenie niezłomności twardej jak mur – męstwa nie znającego lęku i serca gorącego wylaniem, a czystego jak kryształ. To bohater, jakich mało wydała ludzkość. (…) Madagaskarowi złożył w ofierze bezinteresownie swe piękne życie, swoją wielką miłość i – uciułany grosz polskiego społeczeństwa.
Arkady Fiedler

       Uczący się w Chyrowie chłopcy nazywali o. Jana Beyzyma drugim Juliuszem Verne. Przepadali bardziej za opowiadanymi przez niego historiami niż za lekturą książek tamtego znanego pisarza. On sam nazywał siebie Tatarem i uważał się za żebraka zbierającego jałmużnę w imię Chrystusa. Współbracia nazywali go Kozakiem; w ich oczach uchodził za oryginała i marzyciela. Współczesna mu prasa francuska określała go polskim samarytaninem. W swych listach określał sam siebie: posługacz trędowatych oraz tatarsko-afrykańska mość.

       Jego postać towarzyszyła mi – można by rzec – od zawsze. Jako maturzysta dostałem od mojego katechety książkę Teresy Weyssenhoff pt. Ojczyzna z wyboru, opisującą pracę misyjną o. Beyzyma. Zachwyciłem się tą postacią.

       Po moim wstąpieniu do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi spotkaliśmy się – owszem jakby poza czasem, ale w tej samej przestrzeni. O. Beyzym bowiem spędził w Starej Wsi prawie sześć lat życia zakonnego. Tu zaczęły się jego pierwsze marzenia o pracy misyjnej. Tu odbywał – pod okiem o. Henryka Jackowskiego SJ – swój dwuletni nowicjat oraz tu w latach 1872-77 studiował filozofię. Później przebywał tu również na tak zwanej trzeciej probacji, którą odbył pod kierunkiem o. Michała Mycielskiego SJ w latach 1884-1885. Po latach wspominając to miejsce o. Beyzym powiedział: Nie pamiętam, żebym się kiedy w życiu czuł tak swobodnym i szczęśliwym, jak wtedy, kiedy się za mną furta zamknęła i usłyszałem: jesteś przyjęty.

       W nowicjacie przeczytałem o ojcu Beyzymie książkę autorstwa o. Czesława Drążka SJ pt. Posługacz Trędowatych. Mocno mnie wzruszyły cytowane tam listy misyjne o. Jana. Podziwiałem jego wielką wiarę jako misjonarza, jego samozaparcie i ufność w opiekę Maryi; z dużym przejęciem czytałem o wielkiej biedzie Malgaszów, o cierpieniu chorych na trąd i o zmaganiu, jakie ten niestrudzony misjonarz podejmował z piętrzącymi się zewsząd trudnościami.

       W kolegium w Starej Wsi, w dużej sali zwanej asceterium, w której jako nowicjusze odbywaliśmy medytacje i słuchaliśmy konferencji mistrza nowicjatu, na ścianie wisiał portret o. Beyzyma – powieszony obok jezuickich świętych i kandydatów na ołtarze. Portret ten był miernej jakości, ale przedstawiona na nim postać wyróżniała się spośród innych: oblicze smutne, wyraz twarzy raczej szorstki, głowa nakryta jasnym kapeluszem, oczy spokojne, zapatrzone w dal; na sutannę miał nałożony szary fartuch – znak, że praca, którą wykonywał, wiązała się z możliwością pobrudzenia się. Nie miał aureoli, ale pamiętam, że nie tylko dla mnie już wtedy był on święty i warto było poznać bogactwo jego duszy.

       Kiedy jako nowicjusz wykonywałem w kolegium prace porządkowe, chciałem sprzątać znajdującą się tam izbę pamięci – muzeum. Chociaż każda praca była wyznaczana, to kilka razy udało mi się popracować w muzeum. Było to dla mnie fascynujące zajęcie, gdyż mogłem przyjrzeć się będącym tam eksponatom z bliska i potrzymać je w dłoni. Było to zupełnie inne doświadczenie niż oglądanie ich przez szybę. Po tym naszym muzeum wycieczki oprowadzał wówczas o. Józef Pietruszka SJ. Czasami przestawiłem coś w inne miejsce i powodowało to komiczne sytuacje. Przewodnik opowiadał bowiem te same historie wiele razy, a eksponaty dotąd były ułożone według ustalonej kolejności. W danym miejscu miała być na przykład zasuszona noga słonia, a po moim posprzątaniu znajdowała się ona zupełnie gdzie indziej.

       Pamiątki po o. Bezymie wystawione były w oszklonej szafie i to one właśnie najbardziej przyciągały moją uwagę. Z zainteresowaniem wycierałem je z kurzu, znacznie dokładniej niż inne eksponaty. Budziły one bowiem mój podziw, szacunek i jakiś respekt dla tej znanej mi z lektur postaci. Nie podobała się mi tylko włosiennica (pas pokutny); była zbyt ostra i zbyt szorstka w dotyku. Za to wspaniałe były trzy drewniane ramy do obrazu, które o. Beyzym wyrzeźbił własnoręcznie dla wizerunków Matki Boskiej Częstochowskiej. Jeden z eksponowanych tam obrazów (średni) pochodził z jezuickiej kaplicy domowej konwiktu w Chyrowie. Ocalał w 1939 roku i został przywieziony do Starej Wsi, gdzie znalazł godne schronienie. Podobnie ocalały pamiątki medyczne po o. Beyzymie, tj. narzędzia, których używał w infirmerii w Chyrowie, lecząc tam chorych chłopców i służąc im z wielkim oddaniem. Wykorzystywał przy tym swój talent gawędziarski, opowiadając im najrozmaitsze historie. Ojciec Jan był bowiem przez osiem lat prefektem infirmerii w Chyrowie i zarządzał tam lecznicą szkolną, w której bywali liczni chorzy, szczególnie zimą. Miał wtedy do kilkudziesięciu pacjentów.

       Wśród pamiątek po o. Beyzymie bardzo ciekawy był stetoskop. Interesujące były też stara pinceta, nożyczki, a nawet biała lniana chusta i płócienny woreczek. W szklanej szafie starowiejskiego muzeum widniała też alba o. Beyzyma, którą zakładał on do odprawiania Mszy świętej. Na tej albie było przewieszone czerwone cingulum, ale według mnie nie należało ono do o. Beyzyma i już wtedy poddawałem w wątpliwość jego autentyczność. Było ono chyba dużo późniejsze, co zdradzał mocny kolor i współcześnie stosowany splot nici. Na pewno oryginalny był metalowy krzyżyk zakonny, który o. Jan zawsze nosił ze sobą. Wśród eksponatów był też różaniec z drewnianymi paciorkami, wykonany przez niego dla o. Antoniego Augustyna. W szafie za szklanymi drzwiami znajdowały się też dwa obrazy, oprawione w ramę wyrzeźbioną przez o. Beyzyma, w tym jeden z 1888 roku. Trzeci obraz w zwieńczeniu ramy miał dwie relikwie świętych. Wśród tych pamiątek po misjonarzu była też drewniana kropielniczka, zrobiona przez niego w 1903 roku; była ona bardzo zniszczona, ale miała piękny roślinny motyw i – lekko uszkodzony – krzyżyk na zwieńczeniu. Interesujące było też małe, wyplecione przez o. Jana pudełeczko, przysłane z Madagaskaru w darze dla jego wychowanka z Chyrowa, dr. Ausberskiego. Wśród eksponatów był też drewniany krzyż, ofiarowany przez o. Józefa Chromika SJ, w 1976 roku, też przysłany z Madagaskaru. Podobno wykonał go o. Beyzym. Są na nim motywy roślinne podobne do tych, których o. Jan używał do dekoracji ram obrazu na Madagaskarze.

       Pamiętam, że kiedy nie mogłem posprzątać muzeum, wtedy swoistym pocieszeniem była dla mnie możliwość wyfroterowania starych, mocno zniszczonych schodów wiodących do kaplicy, po których kiedyś chodził nie tylko o. Beyzym.

       Podczas studiów mój kontakt z o. Beyzymem nie przerwał się. W zakonnej kaplicy często modliliśmy się za jego przyczyną o łaski potrzebne nam i naszym bliskim, prosząc Boga o jego beatyfikację. Zwykle powierzaliśmy mu sprawy niełatwe, a czasami wręcz beznadziejne. Panowało przekonanie, że jest to bardzo wymagający protektor. Wiele razy nie widzieliśmy efektu naszej modlitwy, ale wierzyliśmy, że kiedyś jego wstawiennictwo okaże się skuteczne.

       Jako młody kapłan katechizowałem niełatwą wrocławską młodzież. Kiedy czytałem im listy o. Beyzyma i pokazywałem czarno-białe przeźrocza, zrobione ze zdjęć nadesłanych kiedyś przez tego misjonarza z Madagaskaru, wtedy był spokój.

       Wiele lat później, pracując jako duszpasterz w Chicago, napisałem o ojcu Beyzymie artykuł do katolickiego pisma młodzieżowego Nowe Życie. Chciałem w ten sposób przypomnieć miłość i szacunek tego misjonarza do ludzi chorych na trąd. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Młodzi ludzie szybko zainteresowali się tą postacią i często zaglądali na stronicę internetową, na której umieściłem oryginalne zdjęcia z pracy misyjnej o. Beyzyma. Następnie w Posłańcu Serca Jezusowego opublikowałem wywiad, jaki przeprowadziłem z moim współbratem o. Tadeuszem Kasperczkiem SJ, który pracuje na Madagaskarze jako misjonarz.

       Spowiadając w Bazylice Serca Pana Jezusa w Krakowie – w której jest okazały relikwiarz o. Jana Beyzyma, wyrzeźbiony przez Malgaszów w palisandrowym drewnie – często zachęcałem penitentów, aby pomodlili się za wstawiennictwem tego misjonarza o łaski dla siebie i dla misjonarzy.

       Do dziś mam w albumie stary, pożółkły obrazek o. Beyzyma, który ofiarowała mi moja mama w dniu mego wstąpienia do nowicjatu. Jest na nim wizerunek misjonarza z dwoma trędowatymi, podobizna jego własnoręcznego podpisu oraz modlitwa o jego beatyfikację, pochodząca z roku 1928.

       Dużo już napisano o tym gorliwym misjonarzu i wielu, zna jego życiorys. W tym artykule pragnę skupić się na pamiątkach, jakie po nim pozostały, przede wszystkim w Starej Wsi i w Krakowie. Jego ewangeliczne dzieło miłosierdzia przysłania to, co po nim pozostało. Chcę wspomnieć o tych pamiątkach z mojej własnej perspektywy. Dla mnie są one świadectwem pracy, talentu i praktycznego podejścia do życia o. Beyzyma.

       Polskie przysłowie mówi: Nie święci garnki lepią. A jednak w odniesieniu do o. Beyzyma jest ono zgoła fałszywe. On przecież opatrywał rany chorym, pięknie rzeźbił, napisał wiele listów do dobroczyńców, prosząc o pomoc (w archiwum jezuickim w Krakowie jest ich 568). To on sadził drzewa, warzywa, pielęgnował kwiaty, dopilnowywał robót przy powstającym szpitalu dla trędowatych. W pracy z trędowatymi wykorzystywał dziecięce gry, zdjęcia i rysunki nadesłane z Polski. Pokazywał im ilustrację parowozu, którego nigdy nie widzieli, a chcieli wiedzieć, co to takiego pociąg.

       Zobaczmy jeszcze, jakie świadectwo dali o ojcu Beyzymie inni i co on sam pisał o sobie.

       Z okresu studiowania filozofii wspomina go w swoich pamiętnikach o. Alojzy Warol SJ: Nie była to głowa metafizyczna, ale widać już wtedy było, że miał wielkie serce dla chorych, przy których lubił siedzieć. Uczyliśmy się od niego wyrobu różańców i koronek. Umiał wycinać piłeczką różne bawidełka, sporządzać eleganckie klatki na ptaki z ganeczkami i wieżyczkami, jakby jakie wille szwajcarskie, osadzać obrazy w ramach pięknie upstrzonych w formie falban, haftów, koronek – wyrabiał sztuczne kwiaty.

       W Chyrowie o. Beyzym przyozdabiał wyhodowanymi przez siebie kwiatami pokoje rekonwalescentów oraz ołtarz w infirmerii, przed którym odprawiał dla chłopców Mszę świętą. Urządził im też akwarium, miał wiewiórkę i kanarka i zrobił dla nich klatki. Ojciec Czesław Drążek SJ we wspomnianej książce pisze: Podczas całego pobytu na Madagaskarze Ojciec nie wypuszczał z ręki dłuta i pióra. Jedno narzędzie służyło mu do budowania ołtarza i przyozdabiania kaplicy trędowatych, drugie pomagało w zdobywaniu jałmużny.

       Na misji w Maranie o. Beyzym miał swój warsztat stolarski, w którym pracował z oddaniem. Często brał do rąk łopatę i taczki i pomagał robotnikom budującym szpital. Sam sporządził projekt specjalnych krzeseł służących do transportu chorych, aby można było przynieść ich do kaplicy na Mszę świętą. O. Leon Derville SJ, świadek jego pracy, napisał: Najpierw cały czas pochłania mu urządzanie schroniska, po czym poświęca się całkowicie upiększaniu kaplicy. Jest stolarzem, rzeźbiarzem, malarzem. Ołtarz i jego rzeźby, ramy obrazów, są dziełem jego rąk. Patrząc na nie, nikt nigdy nie domyśliłby się nawet, że do takich arcydzieł O. Beyzym posługiwał się lichym drewnem z pak.

       W jednym ze swych listów o. Jan pisał: Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który kupiliśmy razem z Ojcem w Krakowie, jest oprawiony w palisandrową ramę. Wyrzeźbiłem ją, jak umiałem, ale nieźle wygląda. W górze jest tarcza z imieniem ŤJezusť, a na dole z imieniem ŤMaryjať; naokoło winogron. Powiedziałem moim biedakom, że to z Polski przysłane. […] Teraz muszę Ojcu donieść o jednej rzeczy, której by Ojciec nie przypuszczał. Ja, samouk, nie umiejący wcale rysować, bom się nigdy nie uczył, ja, mogący zaledwie być za chłopaka u jakiego rzeźbiarza, i to jeszcze, kto wie, czy by mnie przyjął, ja uchodzę tu za rzeźbiarza! Przyczyna tego bardzo prosta: na całym Madagaskarze nie ma ani jednego rzeźbiarza, zatem ja, mogący wyskrobać jakikolwiek listek, uchodzę tu za ukończonego rzeźbiarza (List z 14 X 1899).

       […] Mój kościół bodaj czy w nie gorszym stanie obecnie, jak betlejemska stajenka. Ściany zbrukane od deszczu i popękane rozchodzą się na wszystkie strony – chorzy muszą wybierać miejsca, gdzie by mogli rozesłać rogóżki, na których siedzą, bo w kościele błoto (teraz właśnie pora deszczowa). Ołtarz z gliny zrobiony, tak jak i ściany, tylko parę kawałków deski położono zamiast mensy i stopnia: ozdobiłem go, jak mogłem zielenią (kwiatów jeszcze nie mogę dostać); ot i cała prawda. Wie Ojciec drogi, że Matka Boska Częstochowska w rzeźbionej ramie i ten obraz niby cośkolwiek ozdobiony wygląda w tym kościele zupełnie jak piękny bukiet przy dobrze zasmolonym kożuchu (List z 28 XII 1899).

       Drogiemu Ojcu posyłam kilka fotografii z mojego schroniska. Może będziecie mogli tam w kraju mieć słabe wyobrażenie o trądzie i biedzie, w jakiej się moi chorzy znajdują. Mam kilku gorzej chorych, ale ich trudno męczyć fotografowaniem, więc ich nie wziąłem (List z 13 I 1900).

       Te zdjęcia są wspaniałym świadectwem pracy o. Beyzyma i świadkiem jego heroicznej miłości bliźniego.

       Przy rzeźbieniu tabernakulum pękło mi na dwoje wąziutkie półokrągłe dłutko; część z ostrzem spadła na stół, a część pozostała w rączce wpakowała mi się w lewą dłoń, z brzegu tuż obok wskazującego palca. Coś chrustnęło przy tym, ale ja sobie z tego nic nie robiłem. […] Wyjąłem dłutko z ręki […] zatamowałem krew i dalej robiłem. Ale pod wieczór […] łapa mi spuchła; zacząłem dobrze czuć, że ją mam, i przy tym dostałem dreszczy jak w febrze; zrobiłem okład z wody i koniec na tym. […] Ukląkłszy zatem przed obrazem Matki Najświętszej, prosiłem, żeby – jeżeli Jej wola i łaska – pozwoliła inaczej jakoś pocierpieć, a rękę żeby wykurowała, bo przecie tabernakulum skończyć muszę (List z 28 II 1900).

       Wszystkie roboty rzeźbiarskie i ogrodnicze to moja rzecz, w tym nikt mi już pomóc nie może. Obmyślam obecnie plan ogrodu i zbieram potrzebne rośliny. Niech drogi Ojciec stara się dla mnie koniecznie dostać skąd trochę nasienia brzozy i grabu, bo koniecznie potrzebuję (List z 13 I 1902).

       Tymczasem w ogrodach robi się, co można, i z rzeźbą śpieszę, jak mogę, żeby móc zakładową kaplicę jak najlepiej ozdobić (List z 11 IX 1906).

       Patrząc na o. Beyzyma pracującego wśród trędowatych na Madagaskarze, można dostrzec Jezusa, który dotyka człowieka omijanego przez wszystkich (Łk 5, 12-13). Ojciec Jan żył dla trędowatych, kochał ich, służył im i wśród nich umarł i spoczął.

       Dziś – tak jak za życia o. Beyzyma – punktem centralnym Marany jest kaplica, którą on sam zbudował i w której króluje Matka Boska Częstochowska. Wspomina się tam o. Beyzyma i darczyńców z jego dalekiej Ojczyzny. Nic więc dziwnego, że kiedy 1 maja 1989 roku na Madagaskar przybył Papież Polak i na stadionie w Fianarantsoa odprawiał Mszę świętą, było tam ponad 100 tysięcy wiernych. Ojciec Święty sprawował Najświętszą Ofiarę używając kielicha o. Beyzyma. Celebrował ją przed przywiezionym z Marany obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, oprawionym w piękną ramę, wyrzeźbioną kiedyś przez o. Beyzyma. Przemawiając do Papieża, arcybiskup Fianarantsoa powiedział: Ufamy, że Kościół sprawi nam pewnego dnia […] radość z powodu wyniesienia na ołtarze o. Jana Beyzyma.

      Chwila ta jest już bardzo blisko.