gronsj - 22 lipca 2018

Młodzieniec, który oddał życie za przyjaciół

17 października 1996 r. zginął w Kambodży jezuicki kleryk, Michael Richard („Richie”) Fernando SJ. Urodził się w Manili na Filipinach 27 lutego 1970 r. Do Zakonu Jezuitów wstąpił 30 maja 1990 r. W Kambodży odbywał od 18 maja 1995 r. praktykę misjonarską. Zginął od wybuchu granatu w klasie, w której prowadził zajęcia dla kalekich uczniów, poszkodowanych przez wojnę. Chcąc powstrzymać zdesperowanego biedą ucznia, oddał własne życie za innych.

Pragnę, kiedy umrę… by ludzie pamiętali nie to, jakim bytem; wielkim, silnym czy utalentowanym, ale że służyłem prawdzie i w jej imieniu mówiłem; że dawałem świadectwo temu, co jest prawe i byłem szczery we wszystkich moich słowach i czynach. Mówiąc inaczej, że kochałem i szedłem za Chrystusem…

fragment z Notatnika Rekolekcyjnego, zanotowany przez Richiego 3.01.1996 r.
Śmierć przyszła po Michaela Richarda nagle, kiedy niezrównoważony uczeń wtargnął do sali i próbował odbezpieczyć i rzucić granat ręczny w klasę kalekich uczniów. Richie, rzucając się na niego, zasłonił granat własnym ciałem, przez co ocalił życie wielu uczniom, sam jednak poniósł śmierć.

26-letni jezuita poniósł bohaterską śmierć w technikum, prowadzonym przez oo. jezuitów w Ang Snuol (okręg Phnom Penh). Doczesne szczątki jego ciała zostały pochowane w nowicjacie zakonnym (Sacred Heart Novitiate) na Filipinach, a jego przelana krew pozostała w Kambodży.

Wspaniałe świadectwo dała o Richiem s. Denise Coghlan, Dyrektorka Jezuickiej Służby Uchodźcom w Kambodży w liście do o. Noela Vasqueza SJ, prowincjała Filipin.

Piszę z wielkim smutkiem, aby przekazać nasze wyrazy współczucia i zapewnić o modlitwie z racji śmierci Richiego, naszego drogiego przyjaciela, pełnego oddania w służbie ubogim, kalekim i niewidomym. Był prawdziwym misjonarzem, poświęcającym się budowaniu Królestwa Bożego, które zapowiadał Jezus Chrystus. W swoim paszporcie w rubryce zawód napisał misjonarz. Tak jak wielu z nas w tym bardzo biednym kraju (…) o buddyjskim społeczeństwie, starał się zrozumieć, co znaczy być chrześcijaninem – głosicielem Dobrej Nowiny. Z otwartym sercem poświęcał się kalekim, którzy odwzajemniali się taką samą miłością. Tragedia niepełnosprawnych uczniów polega (między innymi) na tym, że jeden z nich przyniósł ów fatalny granat, który zakończył życie Richiego… Wszedł z granatem w ręku do klasy pełnej uczniów. Richie musiał zauważyć, że (zdesperowany uczeń) ma w ręku granat, chwycił go, starając się go powstrzymać. W tym czasie część uczniów uciekła z klasy, inni rzucili się na podłogę. Odłamki eksplodującego granatu zraniły Richiego w szyję. Stracił natychmiast przytomność i prawdopodobnie nie czuł nawet bólu. Jego zachowanie, wypływające z miłości, uratowało życie wielu, włączając tego, który przyniósł granat. Był człowiekiem prawdziwie odważnym i kochającym, kimś, kim i my chcielibyśmy się stać. (…) Nie wiem, czy wiecie, że Richie planował przygotowanie wielkiego święta z okazji Wszystkich Świętych w dniu 1 listopada. Na to święto przyjadą wszyscy nasi wychowankowie z ostatnich pięciu lat, aby opowiedzieć swoje historie, nadzieje i marzenia. W tym dniu będziemy mieli nowego, naszego własnego świętego. Richiego z Banteay Prieb, wstawiającego się za nami wszystkimi. Jestem pewna, że będzie się modlił szczególnie za tych wszystkich dotkniętych długimi latami życia w nędzy, która doprowadza ich do użycia granatów dla wyrażania swych frustracji. Niech miłujące serce Richiego spoczywa w pokoju, a jego duch w Duchu naszego miłującego Boga.

Wiadomość o śmierci młodego kleryka obiegła wszystkie prowincje jezuickie w świecie. Środki społecznego przekazu w krajach opływających w zbytki prawie wcale nie odnotowały śmierci młodego jezuity, ratującego życie pokrzywdzonej przez wojnę grupie kalekiej młodzieży w Kambodży. W Stanach Zjednoczonych mass media umieszczają natomiast dość często wiadomości o zagubionych młodych ludziach, trwoniących życie w głodzie narkotycznym, w alkoholowym uzależnieniu, w rozbojach… Tragiczny to fakt, że młodzież żyjąca w społeczności dobrobytu często prowadzi swe życie do bezsensownej śmierci. Wielu jest młodych ludzi, zagubionych duchowo i moralnie w kulturze metalowej muzyki, rozwijających się szaleńczych sekt. Promowaną reklamą wciąż podsyca się pożądanie zazwyczaj i tak już zbędnych rzeczy, seksu i pieniądza. Wielu młodych pozbawionych jest wzorców wychowawczych w rodzinie i w szkole. Dobrych wzorców trudno się też dopatrzyć w środkach przekazu. Co więcej, z ekranów kin czy telewizora w umysły i serca młodych wlewa się agresja, przemoc, nienawiść i chęć zemsty.

Jakby, o ironio losu, dla przeciwwagi temu zagubieniu orientacji co do ważności spraw i sensu życia bogatej młodzieży, gdzie indziej biedna i sfrustrowana młodzież potrafi targnąć się na swoje i cudze życie (jak miało to miejsce w Kambodży). Sięgając po śmiercionośne rozwiązania, chce ona ulżyć tragicznej swej sytuacji. Dobrze, że społeczność końca XX wieku, naznaczona boleśnie „kulturą śmierci” – samobójstw, eutanazji, zabijania nienarodzonych, bratobójczych wojen na różnych kontynentach – ma jeszcze wciąż kochających ludzi. Takim dzielnym człowiekiem był 26-letni filipiński kleryk, który, pomagając pokrzywdzonym przez wojnę i egoizm bliźnim, kalekim uczniom, dostrzegał w nich ubogiego i głodnego Jezusa, który powiedział kiedyś: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15,13). Ten, który oddał życie za nas wszystkich – Jezus Chrystus – ukształtował hojne serce Richiego do służby i bohaterskiej ofiary za bliźnich, za przyjaciół. Myślę, że z pewnością założyciel zakonu, odważny baskijski rycerz, Ignacy Loyola, broniący w XVI wieku twierdzy w Pam-pelunie, z radością przyjął Richiego do licznego grona jezuickich świętych w niebie i z honorem przedstawił go przed tronem Najwyższego.

Zdumiewa nas bohaterski czyn Richiego, uśmiechniętego młodzieńca, ubranego jak wielu jego rówieśników w jasne spodnie i w kraciastą koszulę. Swoim ubraniem nie różnił się od młodzieży wracającej ze szkolnych zajęć do swych domów czy od tej jeżdżącej szybkimi samochodami. Czas dany od Boga dla niego przeminął; chociaż odmierzany był kwarcowym miernikiem, tak szybko się skończył. Na jednej fotografii Richie stoi zapatrzony w dal i oparty o kolumnę przy bliżej nie znanym nam wejściu z uchylonymi drzwiami. Z pewnością bramy Królestwa naszego Pana otwarły się jednak przed nim znacznie szerzej, niż symbolicznie wyraża to pamiątkowe zdjęcie, zaś jego czyn jest jak kolumna, która podtrzymuje budowlę. Pamiątkowe zdjęcie Richiego i jego wypływający z miłości czyn niechaj pozostaną nam w pamięci i niech zapalą nas do miłości względem najuboższych.

Oby przykład Richiego zachęcał młodych do rozsądnego życia w świecie zdominowanym przez dobrobyt i nędzę. Może kiedyś ten jezuicki kleryk stanie się patronem nauczycieli i młodzieży na Filipinach i w Kambodży. Może jego uśmiechnięte oczy przyciągać będą wielu młodych ludzi do służby najuboższym w imię ubogiego Mistrza z Nazaretu. Od postawy wielu młodych ludzi i od tego, co ukształtuje ich serca i umysły, zależeć będzie przyszłość ludzkości. Czy ludzie będą opiekuńczy i troskliwi, otwarci, pomocni, uczciwi, wrażliwi na krzywdę bliźnich, miłujący pokój, prawdę, darzący odpowiedzialnie i radośnie życiem – czy też pełni nienawiści, zazdrości i agresji będą zadawać śmierć?